Rowerowa opalenizna

Dziś niedziela, dzień wolny od pracy. Od

jakiegoś czasu wolny również dla mnie. Można jeździć na rowerze, robić wypady za miasto, chilloutować się. Dlatego też temat niedzielny powinien być chilloutowy. Blogger powinien pisać o tematach, które nurtują, a niewiele rzeczy nurtuje rowerzystów tak bardzo, jak rowerowa opalenizna.

Od lat jest to temat rzeka, punkt wielu bezproduktywnych rozważań na forach internetowych. Ale nie można mu odbierać pełnej powagi, bo inaczej nie pojawiałby się tak często. Ludzie mówią o tym, co ich nurtuje i wkurza, a paski na ciele irytują nawet tych, którzy się tego wypierają. Część z nas jest z nich dumna, część próbuje różnymi sposobami je zwalczyć.

Oto kilka pomysłów, które znalazłam na forach na zmniejszenie różnicy kolorów pomiędzy tym, co pod rowerowym strojem, a poza nim:

  1. jazda na golasa. Ależ to pomysłowe. Prosty i genialny sposób. Pod warunkiem jednak, że jesteśmy nad morzem i mamy do dyspozycji długą plażę dla nudystów. W innym razie możemy nie opalić się wcale siedząc w celi lub zapłacić spory mandat za publiczne obnażanie.

  2. Samoopalacz. Sposób najszybszy, ale wcale nie taki genialny, bo kolor sztucznej opalenizny zawsze będzie odbiegać od naturalnej, a co bardziej owłosieni (jak utrzymuje kilku męskich internautów) mogą mieć problem z równomiernym nakładaniem i nabawić się zacieków. Ale przecież rasowi kolarze się golą, więc problem da się obejść.

  3. Łączenie aktywności. Wypady rowerem nad morze, jeziora i inne miejsca, gdzie można obnażyć mniej opalone części ciała wydaje się być najlepszym sposobem na doopalenie swego ciała. Wymaga to jednak sporego poświęcenia, bo trzeba zsiąść z roweru i odstawić go na przynajmniej kilka godzin w swoim wolnym czasie, a to dla niektórych może okazać się trudne do wykonania. Minus jest też taki, że częściej opalane członki zawsze pozostaną ciemniejsze od reszty, tylko różnica będzie mniej rażąca.

  4. Używanie kremów z filtrem o różnym stopniu ochrony. Najlepiej połączyć z punktem 3. Opalając się używamy bardzo mocnego filtra na to, co już opalone, a lekkiego na te bladsze części ciała. Proste i genialne. Dziś będę testować.

  5. Solarium. Rozwiązanie szybkie, łatwe i skuteczne. Trzeba tylko to lubić i mieć czas na łażenie do solarium, bo jak ja mam wolne, to większość z nich się zamyka lub jeszcze się nie otworzyło. Poza tym to takie dziewczyńskie i potem człowiek śmierdzi, jakby go ktoś na stosie przypalał. Kiepskie rozwiązanie dla kolarzy z klaustrofobią i tych nadruchliwych, co nie uleżą czy nie ustoją spokojnie przez przynajmniej 10 minut.

  6. Krótkie stroje kolarskie. Najlepiej zmieniać długości spodenek i koszulek, żeby opalić sobie jak najwięcej podczas samej jazdy. Niektórzy też rezygnują z rękawiczek lub je rozpinają, ale jazda bez nich wydaje mi się jakaś dziwna. Trochę jakbym miała wsiadać na rower w sandałach mając pedały SPD. Głupio jakoś. No i bez rękawiczek opalamy się jak każdy przeciętny typek na deptaku, a tak przynajmniej widać, ze to sportowa opalenizna.

  7. Olać to. Technika chyba najczęściej stosowana. Jeżeli jestem dumny z siebie i robię to, co lubię, to nic ludziom do tego czy mam paski na ciele i będę je nosić ile będę chciał!

A jak Wy sobie radzicie z opalenizną? Jakieś inne sposoby, czy myślicie już nad patentem stroju, który przepuszcza promienie UV?

Dorota Łabęda-Dyszy

Połącz się z Facebook